Na pewno to przeżyłeś. Pracowałeś nad projektem dla swojego klienta dzień i noc. Jakimś cudem udało Ci się „uratować” ciekawy pomysł. Wybroniłeś się z bezsensownych poprawek do scenariusza. Na zdjęciach nikogo nie przygniotła spadająca dekoracja, a nadgodziny jakimś cudem zmieściły się w budżecie.

Przyszedł czas obróbki nagranego materiału, montażu i postprodukcji. Chwila wytchnienia, choć maile i telefony od klienta i kierownika produkcji nie dają Ci zapomnieć o zbliżającym się terminie emisji. W każdym razie na montażu przynajmniej przez chwilę jesteś tylko Ty i Twój materiał.

Z każdym szlifem film nabiera kształtów. Wiesz, że nie uda się dopracować wszystkiego, ale zbliża się termin kolaudacji. Za chwilę pokażesz projekt zleceniodawcy i będziesz liczył na to, że doceni te godziny spędzone na poprawianiu malutkich niedociągnięć. Wiesz, że to tylko reklama, film korporacyjny albo teledysk, jednak masz nadzieję, że nieprzespane noce i walka o poprawienie każdej klatki, spowodują że zobaczysz choćby odrobinę entuzjazmu w oczach pierwszego widza – klienta.

Po cichu liczysz na eksplozję entuzjazmu i szał radości, ale zwykły uścisk dłoni, poklepanie po ramieniu i rzucone na koniec spotkania: „dobra robota”, spowoduje, że chyba pójdziesz z ekipą się upić.

Renderujesz właśnie plik FINAL_POKAZ_1 – jeszcze bez napisów końcowych, ale już z wszystkimi elementami. Montaż, kolory, podkład audio – wszystko na światowym poziomie. Pokazałeś film narzeczonej i najbliższym przyjaciołom. Czujesz, że tym razem nie spieprzyłeś roboty. Jesteś gotowy na sparing z klientem. Za chwilę pokażesz materiał tym, którzy wyłożyli na niego gotówkę i obronisz go przed każdą głupią poprawką!

Telefon od klienta: Gonią nas dedlajny i nie mamy czau przyjechć. Prześlij film. Może być podgląd w niższej jakości, na pewno przejdzie na Wetransfer…

W tym momencie powinna się zapalić czerwone światło ostrzegawcze.

Oto 7 powodów dla których powienieneś zrobić wszystko, aby nie wysyłać materiału do aceptacji przez internet!

1. Nie masz kontroli na jakim sprzęcie materiał będzie oglądany.

Czy monitor laptopa klienta wyświetla więcej niż 16 kolorów? Jeżeli w filmie był dopracowywany dźwięk, na 100% prezes obejrzy go na komputerze brzęczącym głośniczkiem mono. Brak zainstalowanego odpowiedniego profilu kolorystycznego w odtwarzaczu to naprawdę najmniejszy problem.
Nawet jeżeli nie masz profesjonalnej sali do odglądu materiału, z kinowymi fotelami i systemem Dolby, pokazując film kontrolujesz sytuację. Ciche pomieszczenie, iMac i dobre głośniki to już całkiem niezły start.

2. Osoby niezaangażowane w projekt będą zgłaszać „luźne” uwagi.

Praca and każdym filmem jest długim procesem. Nic nie jest wyłącznie Twoją zasługą. Klient Ci zaufał i uwierzył. Być może przekonał swojego szefa do śmiałej idei, ale wysyłając film mailem ryzykujesz, że szef przełożonego przypadkiem zobaczy ten film, parząc komuś przez ramię. Co gorsza, bez znajomości pierwotnych założeń może bezkarnie rzucić jakieś „drobne uwagi”.
Z pewnością wiesz jakie „drobne uwagi” mam na myśli.

3. Kilkanaście obejrzeń = kilkanaście razy więcej zgłoszonych poprawek.

Nie ma doskonałego materiału, ale film działa przede wszystkim na emocje. Oczywiście, że w reklamie, którą widz będzie oglądał kilka razy na dobę, każde ujęcie i klatka musi być dopracowana w szczegółach. Najczęściej jednak najważniejsze jest pierwsze wrażenie, przekaz emocjonalny, historia. Klient jest najczęściej pierwszym widzem i osobiście staram się zwracać uwagę na jego reakcję, właśnie po pierwszej projekcji. Wysyłając film przez internet masz pewność, że zostanie on obejrzany kilkadziesiąt razy pod rząd. Najczęściej byle jak. Zamiast na całość uwaga zostanie zwrócona na detal.

Nawet jeżeli klient poczuje, że coś jest nie tak, nie będzie umiał Ci tego przekazać i skupi się na wyłapywaniu nieistotnych szczegółów.

4. „Prześlij dalej”, czyli rozproszenie odpowiedzialności.

Twój klient najpewniej ma szefa. A jeżeli materiał akceptuje sam prezes, to na pewno ma on ciekawą świata żonę. Akceptacja projektu, który często był bardzo kosztowny, to duża odpowiedzialność. Jeżeli wyślesz materiał mailem masz pewność, że trafi on „do konsultacji” do osób, które bynajmniej nie są dla Ciebie autorytetami. Co gorsza nawet po stronie klienta nie są odpowiedzialne ten projekt. Fantastycznie jest wygłaszać swoje uwagi bez konsekwencji. W końcu na polityce, zdrowiu i montażu materiałów wideo w tym kraju zna się każdy.

5. Tracisz prawo do obrony

Pracujemy w branży kreatywnej. Mimo doskonałej metodologii i instytutów badawczych, często najlepsze kampanie reklamowe powstają dzięki intuicji i przeczuciu dyrektorów kreatywnych, którzy przekonują odważnych dyrektorów marketingu i brand managerów do odważnych decyzji.
Najciekawsze teledyski balansują często na granicy dobrego smaku, a ciekawe filmy korporacyjne zwierają nieszablonowe środki rodem z eksperymentalnych dokumentów.

Wybrałeś śmiałe rozwiązania? Bez problemu wyjaśniasz dlaczego użyłeś takich kadrów i cięć. Z łatwością bronisz użytą muzykę i kolorystykę. Problem w tym, że nie ma Cię w sali, w której zapadają kluczowe decyzje.

6. Materiał może trafić do internetu… wcześniej niż myślisz.

To nie żart. W przeszłości, kilka razy zdarzyło mi się, zaobserwować swój materiał w sieci przed oficjalną premierą. Raz klient wrzucił na swój kanał materiał z testową muzyką, która zawierała znak wodny. Kierownik produkcji WIELKIMI LITERAMI napisała trzy razy, że przesyła wersję roboczą. Nic nie szkodzi.

7. Masz prawo zebrać laury, masz obowiązek zebrać cięgi

To prawda, że Twój klient wyłożył pieniądze na realizację, ale Ty włożyłeś w realizację tyle serca i energii, że nie da się tego tak prosto wycenić.
Materiał trafi do telewizji i internetu, gdzie nie zobaczysz reakcji widzów. Co najwyżej przeczytasz falę hejtu pod okienkiem odtwarzacza w serwisie YouTube.
Pracowałeś nad projektem, bierzesz za niego odpowiedzialność. Masz prawo zebrać za niego pochwały, a całą krytykę musisz wziąć na klatę. Tak to działa.

Oczywiście przy mniejszych projektach wielokrotnie zdarzyło mi się wysłać materiał przez internet. Prawie zawsze tego żałowałem. Teraz staram się za wszelką cenę tego nie robić. Nie zostawiam też niedopracowanego materiału w rękach klienta. Nawet jeżeli trzeba pracować nad poszczególnymi etapami – previs, animatic, wersja bez zrobionych kolorów – to są wersję, które czasem trzeba pokazać, by zmniejszyć ryzyko odrzucenia całości, zweryfikować koncepcję, ale nigdy nie zostawiajcie ich w rękach klientów.

Dajcie znać w komentarzach jakie są Wasze doświadczenia ze współpracy ze zleceniodawcami. Jakie macie sposoby na prezentacje i gładkie akceptacje?