10 czerwca 2014 Remek Siudziński wystartuje w wyścigu Race Across America – najtrudniejszym wyścigu ultrakolarskim na świecie. 12 dób, 288 godzin jazdy na rowerze przez Stany Zjednoczone. Jazdy niemal non stop, bo w tym wyścig, gdy czas wystartuje zatrzyma się dopiero po 12 dniach. Mam zaszczyć być w Teamie wpierającym Remka. Do moich zadań należeć będzie m.in. dokumentacja fotograficzna i filmowa z tego wydarzenia. Jeżeli znajdę czas (a będzie go coraz mniej) postaram się także w tym miejscu opisywać nasze kolejne dni.

—— 3 czerwca ——

Warszawa postanowiła nas pożegnać pochmurną aurą. Na lotnisku minęliśmy się z Barakiem Obamą, którego Air Force One wzbudził spore zainteresowanie na Okęciu. Nasza ekipa była bardziej zaaferowana spotkaniem, pakowaniem rowerów i wspólnymi fotografiami.
Chyba dopiero teraz poczułem ten dreszcz i podniecenie towarzyszące niezwykłej wyprawie. Wcześniej skoncentrowany na załatwianiu wielu drobnych spraw, działałem zadaniowo – teraz pojechać tu odebrać ubrania, teraz kupić kabelek, filtr na obiektyw.

Na lotnisku zaproponowałem by Remek zrobił nam wszystkim selfie podobne do tej z Gali Oskarowej. Michał podskoczył z uśmiechem niczym Kevin Spacey na Oskarach, Czarkowi troszkę obcięło głowę, ale powstała fajna fotka prawda?

Remek Siudziński - ultrakolarz selfie

Odprawa Brish Airways ślimaczyła się strasznie. Rowery nadaliśmy 15min przed zamknięciem Gate’ów i bramkami klasy biznes przebiegliśmy do samolotu.

Cała nasza ósemka podróżuje w białych „firmowych” koszulkach (podziękowania dla chłopaków z KK Busters za szybką produkcję!). To miłe uczucie, gdy celnicy wypytują o cel podróży i życzą powodzenia. To miłe uczucie podróżować z orzełkiem na piersi. Właśnie dałem sobie sprawę, że to pierwszy raz w życiu mam taką okazję.

W Londynie mieliśmy 1,5 na przesiadkę. Teoretycznie sporo, ale przebiegnięcie przez lotnisko z terminala 3 na terminal 5 to kolejno: autobus jeżdżący po płycie lotniska, spacer, autobus do terminala, kilkaset metrów pieszo, przejście przez bramki bezpieczeństwa, kolejka, gate’y. Uff..
W stronę powrotką będziemy mieli tu tylko 1:15 na przesiadkę.

Coś czuję, że czas będzie nam deptał po piętach aż do 22 czerwca. Póki co troszkę go oszukujemy, bo dzięki przelatywaniu przez 9 kolejnych stref czasowych, dolecimy na miejsce ok. 18.30 (choć lot trwa prawie 14h a wylecieliśmy po 14.00).

20140603_232004

Jest godzina 23.01 czasu Warszawskiego, 14.01 czasu San Diego. Wlatujemy nad Amerykę od strony Zatoki Hudson, do końca lotu pozostaly cztery godziny. Chociaż większość chłopaków śpi, ja jakoś nie mogę się zdrzemnąć. Od kiedy pamiętam, mam problemy ze snem w pozycji siedzącej.

Za mną Jarek pokazuje Remkowi ostatnie zmiany wprowadzone do programu nawygacyjnego.

Kto będzie rządził muzyką? – Remek trąca mnie delikanie w ramię.
W hotelu będzie wi-fi i pobierzemy utworzy będziesz chciał – opowiadam.
Poproszę Springstina.

Ja też zwróciłem uwagę na tą płytę w playerze pokładowym. Słuchając „Boss-a” automatycznie mamy przed oczami bezdroża USA 🙂

Nasza przygoda powoli się rozpoczyna…