Podróż na lotnisko dłużyła się niemiłosiernie. Staliśmy w kilometrowym korku przy wjeździe do New Jersey City, a później przy przejeździe przez Manhattan. Wszystko przez roboty drogowe. Nawigacja GPS poprowadziła nas centralnie przez miasto, choć jadąc obwodnicą zaoszczędzilibyśmy na pweno z godzinę.

Na szczęście mieliśmy duży zapas czasu i mogłem delektować się widokiem kolejnych mijanych dzielnic miasta, które nie zasypia.
Właściwie to wszystko co słyszeliście, czy przeczytaliście o Nowym Jorku to prawda. Niestety żadna opowieść, film czy piosenka nie przekaże Wam tego, czego mogłem doświadczyć przez dwa dni spacerując po Manhattanie.
Możesz właściwie skończyć czytanie tego tekstu, bo cóż z tego, że po raz kolejny przeczytasz, że to najbardziej niezwykłe masto na świecie?

Słowa te piszę na wysokości 32999 stup. Sześć godzin temu nasz Boeing 777 wystartował z lotniska im. Johna Kennediego. Od tego czasu przelecieliśmy 3000 mil, czyli dokładnie tyle, ile wynosiła trasa wyścigu Race Across America, którą Remek pokonał na rowerze w niecałe 12 dni. Właśnie skończyłem oglądać „Wilka z Wallstreet” na ekranie pokładowym i mimo dużego zmęczenia nie mogę zasnąć. Obrabiam zdjęcia, udoskonalam tekst próbując poskładać myśli.

Są takie chwile w życiu, które są wyjątkowe, żeby nie napisać brzydko „epickie”, i to jest właśnie jedna z nich. Tego, co przeżyłem nie potrafie do końca opisać słowami. Mam nadzieję, że multimedialna forma tego bloga pozwoli Ci drogi czytelniku, choć trochę wejść w moje buty.

Kiedy 25 dni temu rozpoczynałem swoją podróż do USA byłem podniecony i skoncentrowany na wyścigu, do którego się przygotowywaliśmy. Nie myślałem o tym, co będzie po nim i nawet nie zarejestrowałem dokładnie, że przed powrotem będziemy mieli kilka dni wolnego. Nie zrobiłem żadnych planów zwiedzania Nowego Yorku, nie miałem żadnych oczekiwań.

Teraz z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że było najlepsze, co mogło mnie spotkać – przejazd przez całe stany, a następnie wizyta w Waszyngtonie i Nowym Jorku, jako wsienka na torcie.

Nie będę się mądrzył lub udawał, że w jakiś sposób poznałem to miasto. Zaledwie je liznąłem, wędrując po nim dwa dni. W zasadzie nie zapuszczałem się poza kwadrat ulic na Manhattanie, znajdujących się po niżej Central Parku. Ale to lliźnięcie, pozwoliło mi poczuć jego bardzo intensywny smak.

Poniżej możecie zobaczyć kilka zdjęć z mojego pierwszego spaceru po NY. W kolejnych dniach będę publikował krótkie wpisy pt. „Za co pokochałem NY?”

_MG_9450

_MG_2627 _MG_2674 _MG_2682 _MG_2685 _MG_9439 _MG_9498 _MG_9517